5.05.2018

Rozdział 1 - Bonfire

Ogień otaczał mnie z każdej strony. Płomienie pełzły po ziemi jak smukłe węże, wypalając trawę, pochłaniając każde żywe stworzenie, jakie spotkały na swojej drodze. Były bezlitosne. I szybkie. Nigdy nie widziałam, by ogień przemieszczał się w takim tempie. Nawet, gdy natrafił na gołą ziemię, nie zwalniał ani na sekundę. Czułam wzmagający się gorąc. Miałam wrażenie, że moja skóra paruje. Próbowałam się cofać, ale nie było żadnej drogi ucieczki. Najbliższe drzewo oplotły ogniste wstęgi, a po chwili obróciło się w proch. Zaraz to samo miało spotkać mnie.
Jednak, im bardziej płomienie się przybliżały, tym mniej się bałam. Nieznośna dotąd duchota stała się nagle przyjemna. Zdawało się, że ogień wniknął mi też pod skórę, krążył w żyłach. Wyciągnęłam rękę przed siebie, idąc do przodu. Moje ciało lgnęło do pędzącego na wprost pożaru, jak ryba do wody. Chciałam tego spotkania, potrzebowałam go. Byliśmy tylko ja i ogień, i spustoszenie, jakie zostawialiśmy za sobą. Moje palce dzieliło od płomieni zaledwie kilka centymetrów.
- Jessie!
Ogień zniknął. Otworzyłam oczy, ale natychmiast je zmrużyłam, oślepiona słonecznymi promieniami. Odwróciłam twarz w stronę poduszki i mruknęłam przeciągle.
- Jessie – powtórzyła mama. - Idę do pracy. W kuchni zostawiłam ci pieniądze, kup sobie coś po drodze do szkoły.
- Okej – wymamrotałam w odpowiedzi.
Usłyszałam, jak zamyka drzwi, a potem wychodzi z domu. Chcąc nie chcąc, musiałam podążyć w jej ślady. Ociągając się, wstałam z łóżka. Od razu poczułam kręcenie w głowie. Już wiedziałam, że ten dzień nie będzie zbyt dobry. Została mi niecała godzina do pierwszej lekcji. Podeszłam do okrągłego lustra, wiszącego nad komodą. Moje płomiennorude włosy, zwykle ułożone w łagodne fale, teraz były powykręcane na wszystkie strony, a pod jasnozielonymi oczami widniały cienie. Wyglądałam okropnie, musiałam się pośpieszyć, ale każdą czynność wykonywałam automatycznie i powoli. Bolały mnie mięśnie, jak po długim wysiłku, a powieki miałam ociężałe. Nawet głośna melodia z komórki nie potrafiła rozbudzić. Na ekranie wyświetlało się imię mojej przyjaciółki, więc odebrałam.
- Cześć, Tina – powiedziałam i usiadłam przy stole z kubkiem herbaty.
- Cześć. Masz pracę na angielski? - rozległ się jej głos z słuchawki. Na moment zaniemówiłam.
- Jaką pracę? - spytałam gorączkowo.
- Tylko mi nie mów, że zapomniałaś – jęknęła. Westchnęłam głęboko.
- Tak. Zapomniałam.
- A ja właśnie zamierzałam ją od ciebie spisać – oznajmiła z oskarżycielską nutą.
- W takim razie obie mamy przerąbane – stwierdziłam z ironiczną wesołością i upiłam połowę herbaty.
- Zrobiłabym sama, ale w ogóle nie rozumiem tego tematu – żachnęła się Tina.
- Dobra, kończę. Spotkamy się w szkole.
Odłożyłam kubek do zlewu i wtedy uświadomiłam sobie, że wypiłam niemal od razu całą gorącą herbatę, nawet się przy tym nie parząc. Czułam jeszcze na palcach ciepło od dotykania kubka. Lekko zdezorientowana, zabrałam torbę z książkami i puściłam sobie muzykę w słuchawkach. Do szkoły dzieliło mnie dwieście metrów, więc spokojnie mogłam dojść na piechotę. W takim mieście jak … w stanie… wszędzie było blisko. Dzień dopiero się zaczynał, ulice były w dużej mierze jeszcze opustoszałe. Wstąpiłam do małego sklepiku ulicę dalej. Kupiłam dwa batony i drożdżówkę, które miały mi starczyć do południa. Cały czas myślałam o tej nienapisanej pracy z angielskiego. W dodatku czułam się taka zmęczona.


***


Usiadłam cała w nerwach w klasie pani Warren. Nasza nauczycielka była miła, jeśli miała humor. Niestety, dzisiaj się na to nie zapowiadało. Szukała czegoś w papierach, a jej mina wyrażała zdenerwowanie. Modliłam się w duchu, żeby akurat mnie nie zapytała o esej. Wyciągnęłam książki, ułożyłam je równo na ławce, jak miałam w zwyczaju i czekałam. Większość osób rozmawiała między sobą przyciszonymi głosami, żeby nie rozzłościć pani Warren. Tina sprawdzała coś w telefonie, więc oparłam głowę na rękach, zamykając oczy. Od razu poczułam niewysłowioną ulgę. Gdybym mogła, zasnęłabym na tym krześle. Nigdy więcej siedzenia do późna w nocy na internecie. Cóż, zawsze tak powtarzałam, a potem kończyło się zwykle tak samo. Jeśli pani Warren natychmiast nie rozpocznie lekcji, rzeczywiście tu usnę. Zaczęło mi się robić gorąco. Mogłabym przysiąc, że widziałam otwarte okna, a dzień nie był przecież upalny z samego rana.
- Jessie – usłyszałam znajomy głos z lewej strony. Uchyliłam lekko powieki, zerkając w bok. Ciemnowłosy chłopak z jasnymi oczami i zadartym nosem pochylał się w moją stronę. Po chwili rozpoznałam swojego przyjaciela, Erica. - Napisałaś…
- Nie – odparłam, przerywając mu. - Tina ci nie powiedziała?
Pokręcił lekko głową. Wzruszyłam ramionami i na powrót zamknęłam powieki. Od kiedy oni wszyscy tak się przejmowali pracą domową. Może po kilku minutach znów poczułam to napływające ciepło. Rozchodziło się stopniowo od czubków palców, dalej przez ręce i nogi i całe ciało. W końcu dotarło do głowy. Przez chwilę myślałam, że mi ją rozerwie, ale niemal natychmiast ból ustał. Ciepło wypaliło ze mnie wszystkie nerwy dzisiejszego poranka. Przesunęłam butami po podłodze. Coś przy tym zaszeleściło. No tak, to była trawa i opadłe liście, nie podłoga. Przynajmniej ten fragment, który jeszcze się nie spalił. Płomienie pędziły w moją stronę. A ja wybiegłam im na spotkanie. Już się nie bałam. Chciałam tylko ich dotknąć, bo wiedziałam, że gdy to zrobię, coś się stanie. Coś bardzo dla mnie ważnego. Coś, co w końcu musiało się wydarzyć. Rozłożyłam ręce, by przyjąć ten ogień z otwartymi ramionami. Dzielił nas metr. Pokonanie go było chyba najdłuższą i najcięższą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłam w życiu. Ale się doczekałam. Płomienie objęły moje nogi, powędrowały ku górze, wkrótce całe moje ciało się paliło. Nie spodziewałam się, że to będzie tak przyjemne uczucie. To spotkanie było nam przeznaczone. Uśmiechnęłam się szeroko, pławiąc się w tym ogniu. Nie chciałam, by mnie opuszczał.
- Jessie, słyszysz mnie? - Głos pani Warren brzmiał ostro i zdecydowanie. Otworzyłam oczy, kompletnie zdezorientowana. Ogień był tak realny, że przez chwilę nie mogłam uwierzyć, że tylko śniłam. Ogarnęło mnie uczucie rozpaczy. Tak bardzo chciałam wrócić do snu… Właściwie, to czemu się obudziłam? Dopiero teraz zauważyłam, że cała klasa wlepiła we mnie wzrok. Prawie spaliłam się ze wstydu. Nad moją ławką stała pani Warren, a jej spojrzenie mówiło samo za siebie. - Śpisz na lekcji? Przecież to jest karygodne zachowanie. Zaraz zadzwonię do twojej mamy. Masz przynajmniej napisany esej, o który pytałam?
Wróciły nerwy, kiedy tylko nauczycielka wspomniała o tym wypracowaniu. Do tego przyłapała mnie na spaniu. Jak mogłam usnąć w szkole?
- Nie – odrzekłam ciężkim głosem.
- Pięknie – powiedziała głośno pani Warren. - W takim razie muszę ci wstawić najniższą ocenę.
Wróciła się do swojego biurka. Nie wiedziałam, czy to z nerw, ale zrobiło mi się niedobrze. Do tego ciągle było mi gorąco. Wręcz miałam wrażenie, że moje ciało parzyło. Oddychając głęboko, spojrzałam na swoje ręce i niemal dostałam zawału. Pod skórą widniały złote linie, które wydłużały się dalej w stronę ramienia. Czułam, jak przenoszą ze sobą również ciepło. Ogień w żyłach. Byłam zagubiona i już prawie nie kontrolowałam siebie. Wstałam z krzesła z głośnym szuraniem. Wszyscy znów odwrócili się w moją stronę.
- Jessie, co ty robisz? - zapytała nauczycielka. Przełknęłam ślinę, bo gardło miałam całkiem suche.
- Nie czuję się za dobrze – wybełkotałam i wyszłam z klasy, zostawiając swoje rzeczy oraz zdębiałą klasę z panią Warren na czele.
Sądziłam, że puste korytarze zadziałają na mnie choć trochę uspokajająco, ale się przeliczyłam. Wciąż czułam gorąc i mdłości, a złote linie jakby wzmocniły swój kolor. Byłam pewna, że nie śniłam, więc co się ze mną działo? Zawróciłam, żeby udać się do łazienki, a wtedy zauważyłam panią Warren, która szła za mną szybkim krokiem. Stukot jej obcasów odbijał się echem po korytarzu. Nawet ten szczegół wzmógł moje zdenerwowanie.
- Jessie, nie pozwoliłam ci wyjść! - skarciła mnie. - Jeśli źle się czujesz, zaprowadzę cię do pielęgniarki...
Nagle zatrzymała się na odległość kilku metrów, a jej oczy rozszerzyły się z przerażenia. Pomyślałam, że musiała zauważyć te dziwne linie pod skórą, choć nawet nie zerknęła na ręce. Spojrzałam w bok, na gablotkę z nagrodami, które szkoła dostała za różne zawody i konkursy. Zauważyłam dwa jasne punkty i wtedy sama spanikowałam. Moje oczy świeciły. Nie dlatego, że były pełne łez, czy coś w tym stylu. Naprawdę świeciły. Płonęły. Ich tęczówki zamieniły się w żywe ognie, z tym samym odcieniem, co linie na rękach. Zaczęłam szybko oddychać, czując silny ucisk w sercu. Odwróciłam się w stronę pani Warren z wyrazem strachu i błagania na twarzy. Nauczycielka, widząc mój stan, opanowała własne przerażenie, żeby odzyskać kontrolę nad sytuacją.
- Spokojnie, Jessie – powiedziała łagodnym tonem, co wcale mnie nie uspokoiło. Moje serce kołatało jak szalone, oddychałam tak szybko, że prawie nie nabierałam przy tym powietrza. Wciąż widziałam złote smugi na rękach i świecące oczy. A od środka trawił mnie ogień. W końcu moje uczucia znalazły ujście. Krzyknęłam rozdzierająco na całe płuca. Świat wokoło zajęły płomienie.


***


Obudziłam się z bolącą głową. Odruchowo dotknęłam palcami skroni, ale nie chciałam otwierać jeszcze  oczu. Zacisnęłam drugą dłoń na czymś miękkim. Po chwili zorientowałam się, że to koc. W końcu przemogłam się i uchyliłam powieki na kilka centymetrów. Ze zdziwieniem odkryłam, że znajdowałam się we własnym domu. Leżałam na kanapie w salonie, a telewizor grał przyciszony. Słyszałam z tyłu czyjeś krzątanie się po kuchni. Nie miałam ochoty jeszcze się podnosić, więc zaczęłam niezbyt uważnie oglądać jakiś serial. Wtedy usłyszałam nieznany mi kobiecy głos.
- Na razie Jessie nie musi o tym wiedzieć. Nie wiemy, jak na to zareaguje.
- Ja wiem – westchnęła ciężko mama. - Będzie się obwiniać.
Wstrzymałam oddech, nasłuchując.
- Tym bardziej się wstrzymajmy. To może spowodować niekontrolowany wybuch jej mocy, jeśli znów tak się zdenerwuje.
- Czy możecie jakoś… pomożecie jej to kontrolować?
- Oczywiście. W naszej szkole będzie mogła bezpiecznie rozwijać swoją moc. Zapewnimy jej przy tym odpowiednie wykształcenie, takie jak w normalnym liceum.
- Przecież to jej zniszczy życie. Gdyby ludzie się dowiedzieli…
- Niech się pani nie martwi. Będzie mogła prowadzić normalne życie. Wciąż będzie uczęszczać do szkoły, zdobędzie normalne wykształcenie. Pozna nowych znajomych, którzy również posiadają moce.
Mama zamierzała mnie gdzieś wysłać? Tego już było za wiele. Podniosłam się szybko, także obraz lekko mi pociemniał. Gdy odzyskałam równowagę, przeszłam przez salon i wparowałam do kuchni. Mama stała, opierając się o blat, z kubkiem kawy w ręce. Przy stole siedziała jakaś zgrabna kobieta w eleganckich ubraniach, z krótkimi blond włosami i okularami o kwadratowych oprawkach. Uśmiechnęła się do mnie lekko.
- Dzień dobry, Jessie. - Wstała i wyciągnęła do mnie rękę. - Nazywam się Elizabeth Winstone.
Zerknęłam na mamę, a potem podeszłam i uścisnęłam dłoń nieznajomej.
- Możesz mi mówić Beth albo Eliza, jak wolisz.
Kobieta wydawała się starsza o kilka lat i wydało mi się co najmniej dziwne mówić do niej po imieniu.
- Dzień dobry – odparłam grzecznie i zwróciłam się do mamy. - O co chodzi?
- Jessie, pamiętasz, co się dzisiaj stało w szkole?
Zaczęłam sobie wykręcać palce, jak zawsze, kiedy z uporem próbowałam sobie coś przypomnieć.
- Byłam na lekcji – powiedziałam powoli. - Zdenerwowałam się, bo przysnęłam i nie miałam napisanego wypracowania. Nauczycielka mnie za to okrzyczała… Chyba… źle się poczułam i wyszłam…
Nagle do głowy uderzyło mi straszne wspomnienie. Kiedy stanęłam w tym korytarzu, zdezorientowana i przerażona, a pani Warren próbowała mnie zatrzymać… Coś się stało. Zaczęłam płonąć. I nie był to sen czy wyobrażenie. Moje ciało ogarnęły rzeczywiste płomienie, a w tym samym momencie ogień rozprzestrzenił się po całym korytarzu. Spowodowałam jakiś wybuch. Ściany popękały, a część sufitu się zawaliła. Nie minęło dziesięć sekund i straciłam przytomność. Gdy to wszystko mi się przypomniało, znów zaczęłam panikować. Poczułam znajomy gorąc. Elizabeth od razu zrozumiała powagę sytuacji.
- Usiądź, Jessie – poradziła mi. Wykonałam sztywno jej polecenie, próbując wymazać z pamięci ten koszmar. - Jednak dobrze, że wszystko pamiętasz. Mi raczej trudno byłoby to ubrać w słowa. A teraz postaraj się uspokoić. Masz na to jakiś specjalny sposób? Ja, na przykład, rozładowuje napięcie, dając sobie coś do roboty. Odciągam uwagę od problemów. Coś ci pokażę. - Wyciągnęła z torby kawałki materiałów, a na nich wyszyte kolorowymi nićmi różne wzory. - Dopiero niedawno odkryłam, że lubię szyć. Co prawda, na razie jeszcze nie potrafię wielu rzeczy, ale cały czas się uczę.
- Całkiem ładne – przyznałam. Moja temperatura znów obniżyła się do normalnego poziomu, a ja postanowiłam bardziej się kontrolować. - Możemy już porozmawiać o tym, co się wydarzyło – oświadczyłam stanowczo. Elizabeth przyjrzała mi się uważnie.
- Dobrze, skoro tak uważasz. Na pewno jesteś zagubiona i chciałabyś się dowiedzieć, dlaczego to wszystko się stało.
- To chyba oczywiste. Zaczęłam się palić. Nic mi się nie przywidziało. To był prawdziwy ogień, a co dziwne, nie wyrządził mi żadnej krzywdy. Ale… pani Warren… - Spojrzałam na kobietę, czując dziwną pustką. - Nie żyje, prawda?
Mama i Elizabeth wymieniły spojrzenia.
- Nie chciałam, żebyś się o tym dowiadywała zbyt wcześnie, ale… tak. Nie miała szans tego przetrwać. Stała za blisko.
- Za blisko mnie – dopowiedziałam cicho. - Więc to moja wina.
Może i nie przepadałam za panią Warren, ale nigdy nie chciałam dla niej nic złego. A teraz nie żyła. Jakoś nie potrafiło to do mnie dotrzeć. Powtarzałam to cały czas w głowie i nadal wydawało się dziwnie nierealne.
- Nie obwiniaj się, Jessie. To normalne, że nie mogłaś temu zapobiec. W tym wieku wszystko dzieje się niekontrolowanie.
Zapanowała chwila milczenia, podczas której kalkulowałam sytuację.
- Co się stało? - zapytałam w końcu.
- Masz moc. I to potężną. Jedną z najpotężniejszych na świecie.
- Moc – powtórzyłam z niedowierzaniem.
- Wiem, że w takie rzeczy się raczej nie wierzy, ale masz jakieś sensowniejsze wytłumaczenie na to, dlaczego nagle zaczęłaś się palić?
Musiałam przyznać, że nie. W końcu cała ta sytuacja była jak wyjęta z filmu. Pokręciłam głową.
- Chcę, żebyś wiedziała, że nie jesteś sama. Na świecie jest wielu takich jak ty. Nikt dotąd nie zbadał, skąd to się bierze. Po prostu, rodzisz się z nadnaturalną mocą.
- W takim razie dlaczego do tej pory nic nie zauważyłam?
- Jesteś pewna? Może już wcześniej miałaś okazję przekonać się, że jesteś odporna na ogień?
- Nigdy nie byłam tak głupia, żeby wkładać rękę do ognia – mruknęłam zirytowana.
- Cóż, zwykle u większości schemat jest ten sam. Ujawniacie zdolności, jako bardzo małe dzieci, zazwyczaj używając je do własnych celów. Jeśli wtedy wasi rodzice nic nie zauważyli, to raczej przez wiele lat nie będą mieli okazji. Potem, w miarę dorastania wasza moc się stabilizuje, choć można zauważyć pewne oznaki swojego daru. Najgorszy okres przychodzi, gdy jesteście nastolatkami. W tym czasie każda drobnostka potrafi was zdenerwować. W końcu przychodzi sytuacja, gdy emocje uwalniają waszą moc do tego stopnia, że prowadzi to do jakiegoś poważnego zdarzenia. I wtedy do akcji wkraczamy my, czyli ludzie kierujący specjalną szkołą dla takich uzdolnionych jak ty, Jessie.
Po tym natłoku wiadomości nie wiedziałam już, które pytanie zadać najpierw.
- Ale to nie jest żart, prawda? - chciałam się upewnić.
- Wtedy i tak bym ci się nie przyznała – zaśmiała się Elizabeth, a potem znów spoważniała. - Twoja mama już wyraziła zgodę, żebyś dołączyła do naszej szkoły. Teraz chciałabym wiedzieć, co ty o tym sądzisz. Nie zabiorę cię tam, dopóki sama nie będziesz tego chciała. Wiem, to trudne zostawiać swój dom i przyjaciół, ale będziesz sama ze swoimi zdolnościami, a to niebezpieczne. My uczymy, jak tą moc kontrolować, jak rozwijać i w końcu – jak wykorzystywać. Zdobędziesz przy tym zwykłe wykształcenie, a my pokierujemy cię na pracę, w które twoje zdolności mogą się przydać. Oczywiście, trzeba ich używać niepostrzeżenie. Zwykli ludzie nie wiedzą o naszym istnieniu i lepiej, żeby tak pozostało. Masz jeszcze jakieś pytania?
- Eee… - wyjąkałam. - A gdzie jest ta cała szkoła?
- W Anglii. Miasto Highworth w hrabstwie Wiltshire. Ale spokojnie – transport załatwiamy my. - Zrobiła tajemniczą minę.
Bardziej niż transport martwiło mnie umiejscowienie tej szkoły. Przecież to za oceanem, tak daleko od domu… Spojrzałam na mamę, chociaż wiedziałam, że decyzja i tak należała do mnie. Uśmiechnęła się zachęcająco. Chyba rozumiała, że tak będzie dla mnie lepiej. Z jednej strony nie chciałam opuszczać domu, przyjaciół i mamy. Z drugiej strony wiedziałam, że sama nie dałabym sobie rady z mocą, a wolałam nie narażać bliskich czy nawet obcych osób na takie niebezpieczeństwo.
- Zgadzam się – rzekłam na jednym wydechu.
- To naprawdę dojrzała decyzja – stwierdziła Elizabeth i wstała. - Bardzo dziękuję za kawę. A właśnie… Proszę przyprowadzić córkę na dworzec jutro o dziesiątej rano. Na peron dziesiąty. Powinna tam spotkać dwójkę nastolatków w jej wieku. Oni również wybierają się do naszej szkoły. Tak, jak mówiłam: transport zapewniamy my, więc nie musicie się martwić o żadne bilety. Do zobaczenia jutro, Jessie!
Wyszła energicznym krokiem, także nawet mama nie zdążyła jej odprowadzić. Gdy zamknęły się za nią drzwi, poczułam znów tą samą pustkę.
- Już jutro – westchnęłam.
- Może zadzwoń do Tiny i Erica – zasugerowała mama. - Pożegnaj się z nimi, wyjaśnij, że musisz zmienić szkołę.
Pokiwałam głową. Potarłam palcami o bluzkę i zauważyłam coś dziwnego. Biała koszula z krótkim rękawem i dżinsy zamieniły się na zielony T-shirt i czarne getry.
- Dlaczego jestem przebrana? - zdziwiłam się.
- No wiesz, kiedy się… zapaliłaś… twoje ubrania się przy tym… spaliły…
- Och – mruknęłam tylko. Miałam nadzieję, że żaden znajomy nie widział mnie bez ubrań. - Mamo… A w jaki sposób pani Winston naprawiła to, co dziś spowodowałam?
Wzruszyła lekko ramionami.
- Powiedziała mi tylko, że nie musimy się niczym przejmować. Że zmodyfikowali im pamięć czy coś takiego.
- Może dowiem się czegoś od Tiny i Erica.
Poszłam do swojego pokoju i włączyłam laptopa. Na moim łóżku leżała komórka. Gdy ją sprawdziłam, zauważyłam kilkanaście wiadomości od Tiny. W ostatniej napisała, żebyśmy się połączyły przez Skype’a. Robiłyśmy to niemal codziennie. Wzięłam kilka głębokich wdechów, bo wiedziałam, że teraz czekało nas pożegnanie. Odpisałam jej, a po chwili obie już patrzyłyśmy na siebie na ekranie. Pierwsze, co zobaczyłam to jej burzę jasnobrązowych włosów, a zaraz obok pojawił się Eric.
- Dobrze, że jesteście oboje. Muszę powiedzieć wam coś ważnego – oznajmiłam przygnębiona.
- Jesteś chora?
- Dobrze się czujesz?
- Mówili, że wróciłaś do domu.
- Ktoś nawet gadał, że przyjechała karetka.
- Wszystko okej?
Poczułam niesamowite ciepło, kiedy słuchałam, jak się o mnie martwią. Nigdy nie wierzyłam w prawdziwą przyjaźń, uważałam, że można się jedynie kolegować, ale ich troska była szczera. Przez to pożegnanie będzie jeszcze trudniejsze.
- Nic mi nie jest – uspokoiłam ich. - Po prostu się gorzej poczułam i musiałam wrócić do domu. Ale mam złą wiadomość. - Zrobiłam krótką przerwę. - Zmieniam szkołę.
- Co?! - krzyknęli jednocześnie.
- Niestety – mruknęłam. - Jutro z rana wyjeżdżam do Anglii.
- Dlaczego? - jęknęła Tina. Nie potrafiłam wymyślić żadnego sensownego tłumaczenia.
- Nie mogę powiedzieć. Sprawy rodzinne – wymyśliłam na poczekaniu.
- Czyli dzisiaj widzimy się ostatni raz? - zapytała smutno dziewczyna. Kiwnęłam głową.
- Ale przecież możemy się widywać przez Skype’a – powiedział nagle uradowany Eric.
- Jasne, jak tylko ugadamy kiedy – odparłam z uśmiechem. Sama wcześniej na to nie wpadłam, ale to był całkiem dobry pomysł. Musiałam tylko pilnować, żeby nie dowiedzieli się nic o tej szkole.
- Hej, skoro jutro wyjeżdżasz, powinniśmy zorganizować dzisiaj jakieś wyjście – zaproponowała Tina, klaszcząc w ręce.
- No pewnie. Jessie, szykuj się, zaraz tam jesteśmy! - zawołał Eric i zniknęli z ekranu. Ich optymistyczne podejście do wszystkiego tylko poprawiło mi humor.
Zabrałam jakąś małą torbę, wpakowałam do niej pieniądze i telefon i ubrałam cienką kurtkę. Koniec września był jeszcze w miarę ciepły. Przynajmniej nie straciłam dużo roku szkolnego. Ale pani Winstone mówiła, że tam będzie normalne nauczanie. Nie wiedziałam, czego się dokładnie spodziewać.
Gdy zmierzałam do drzwi, zatrzymała mnie mama.
- Gdzie idziesz? - spytała, niosąc jakieś ubrania i żelazko.
- Tina i Eric po mnie idą. Chcemy gdzieś wyjść, jako że jutro wyjeżdżam.
- No, dobrze, ale nie wracaj zbyt późno. Musisz się jeszcze spakować i w ogóle.
- Okej, nie martw się.
Idąc przez trawnik, oddychając świeżym, popołudniowym powietrzem, zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam, wyjaśniając mój wyjazd sprawami rodzinnymi. Tak naprawdę nikt z moich bliskich nie mieszkał w Anglii. Zresztą, nawet nie znałam zbyt wielu krewnych. Mnie i mamę rzadko ktoś odwiedzał. Byłyśmy same, bo mój tata nie żył, odkąd miałam kilkanaście miesięcy. O ironio, zginął w pożarze naszego poprzedniego domu, a podobno potrafię to kontrolować. Gdybym wtedy była starsza, może udałoby mi się go uratować. Nie mogłam jednak powiedzieć, że za nim tęskniłam. Nawet go nie znałam, chociaż czasami w życiu brakowało mi ojca.
Za rogiem zauważyłam znajome postacie. Tina i Eric szybko do mnie podbiegli, jakbym miała zaraz zniknąć. Zaczęli mnie przytulać, co było dla mnie kompletnym zaskoczeniem, bo nigdy tak nie robili. Trochę oszołomiona tym wybuchem emocji, odwzajemniłam ich uściski. Czułam, że coraz bardziej będzie mi ich brakować. Poszliśmy do naszej ulubionej pizzeri. Zamówiliśmy tonę jedzenia, aż ludzie siedzący nieopodal zaczęli się nam przyglądać. Normalnie bym się tym speszyła, ale nie dzisiaj. I tak prawdopodobnie już ich nigdy nie zobaczę. Moich przyjaciół też, a przynajmniej na żywo.
- Chyba trochę przesadziliśmy z tymi zamówieniami – stwierdził Eric, wyciągając się na krześle. Każde z nas siedziało najedzone do syta, chociaż na stole czekały kolejne porcje.
- Ja już nie dam rady – mruknęła Tina, próbując opanować czkawkę.
Siedziałam w milczeniu, dręczona pewną sprawą. W końcu postanowiłam wypytać o nią towarzyszy.
- Dzisiaj w szkole, po tym, jak wyszłam z klasy, pani Warren poszła za mną. Mówiła coś potem?
- Nie, bo się nie pojawiła – poinformował Eric. - Przyszła jakaś babka na zastępstwo, a Warren już nie widzieliśmy.
Naprawdę musieli im zmodyfikować pamięć. Ciekawe, kiedy się dowiedzą, że pani Warren nie żyje. Zrobiło mi się przykro na myśl o nauczycielce. Była tylko przypadkową ofiarą. Znalazła się w złym miejscu, o złym czasie. A gdybym wtedy nie wyszła z klasy… Tina i Eric… Oni również mogli zginąć.
- Powinnaś się cieszyć. - Tina zauważyła moją minę. - W końcu nie będziesz miała z nią lekcji.
Wy też, chciałam powiedzieć. Wymusiłam uśmiech i żeby zająć czymś ręce, zaczęłam jeść następny kawałek pizzy, chociaż nie miałam już dla niego miejsca w żołądku. W rezultacie, po powrocie do domu, nie czułam się zbyt dobrze, a jeszcze czekało mnie pakowanie walizki. Nie miałam w tym doświadczenia, rzadko gdzieś wyjeżdżałam. Mama łaskawie zgodziła mi się pomóc.
- Denerwujesz się? - zapytała, gdy układałyśmy moje ubrania w walizce.
- Trochę. Będę tam sama i nikogo nie znam.
- Pani Winstone mówiła, że jeszcze dwójka innych dzieciaków z tobą pojedzie. Może w czasie podróży się zintegrujecie.
- Nie jestem zbyt dobra w zawieraniu przyjaźni – przyznałam z lekkim wstydem.
- Z kimś na pewno się zakolegujesz.
- Szkoda, że Tina i Eric nie mają żadnych mocy.
Wieczór zleciał bardzo szybko. Czułam się coraz bardziej zdenerwowana, przez co trudniej mi było zasnąć. Za oknem wisiał jasny księżyc, srebrna kula oświetlała mój pokój, również przyprawiając mnie o bezsenność. Przewracałam się z boku na bok, aż zrobiło się to nudne. W końcu usiadłam na łóżku, nie wiedząc, co ze sobą począć. Na zegarku zauważyłam drugą trzydzieści. Ten widok przyprawił mnie kolejne nerwy. Nie chciałam być jutro zmęczona, niewyspana i poddenerwowana. A co, jeśli znowu bym się zapaliła? Spojrzałam na szafkę nocną. Obok lampki stała zapachowa świeczka. Coś mnie podkusiło, żeby ją zapalić. Znalazłam w szufladzie stare pudełko z zapałkami. Po kilku próbach na świeczce znajdował się już mały płomyk. Wyciągnęłam palec wskazując i dotknęłam ognia. Od razu odskoczyłam.
- Auu! - syknęłam. Na skórze nie było żadnego śladu, ale wyraźnie poczułam ból. - Odporność na ogień, jasne – prychnęłam. Mimo to, spróbowałam jeszcze raz. Dotknęłam go kilkoma palcami jednocześnie i starałam się przytrzymać dłużej. O dziwo, nic mnie teraz nie bolało. Swobodnie przejeżdżałam dłonią po płomieniu, ani razu się nie parząc. To było nawet przyjemne, lekko łaskotało. - Niewiarygodne…
Pani Winstone mówiła, że moja moc jest jedną z najpotężniejszych. Jeśli tak, to czekało mnie jeszcze dużo pracy, żeby nauczyć się ją kontrolować.


***


- Poradzisz sobie, tak? - powtarzała po raz któryś mama. Wywróciłam oczami, chociaż w głębi nie byłam ani trochę wyluzowana.
- Pewnie – odparłam lekko, a przynajmniej starając się tak brzmieć.
Stałyśmy na dworcu, niedaleko od peronu dziesiątego. Miałam jeszcze piętnaście minut do umówionej godziny, ale i tak czułam się spóźniona.
- To ja już pójdę, bo jeszcze pojadą beze mnie.
Przytuliłyśmy się ostatni raz i oddaliłyśmy w przeciwne strony. Moje nerwy nie zmniejszyły się od wczoraj ani trochę. Poszłam na peron dziesiąty. Rozglądałam się w poszukiwaniu pani Winstone, choć nie miałam wielkich oczekiwań, że będzie już czekać. Na ławce nieopodal zauważyłam dziewczynę o ciemnoblond włosach, mniej więcej w tym samym wieku, co ja. Zbliżyłam się nieśmiało i usiadłam obok, nawet na nią nie spoglądając. Zauważyła mnie i chyba mi się przyglądała.
- Też jedziesz do Anglii? - zapytała nagle.
- Tak – odrzekłam niepewnie, odwracając się w jej stronę. Miała szare oczy, duże usta i twarz obsypaną piegami, szczególnie na czole. Była bardzo ładna, wręcz słodka.
- Do szkoły? - dopytywała dalej, wyraźnie ucieszona.
- Yhym – mruknęłam. Czasami potrafiłam tylko tak odpowiedzieć. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
- Ja też! Jestem Chloe Sanders.
- Jessie Hawkins.
- Niesamowite, co? Po prostu nie mogę uwierzyć, że tam jadę, że w ogóle coś takiego istnieje! Jaką masz moc?
Rozejrzałam się, czy aby nikt nas nie podsłuchuje.
- Eee… umiem… kontrolować ogień – wydukałam niezdarnie.
- Wow! Nieźle! Ja umiem telekinezę – przesuwam rzeczy dzięki sile umysłu. Też super sprawa. Pokażę ci!
- Nie! - sprzeciwiłam się gwałtownie. - Poczekaj, może nie tutaj…
- Daj spokój! Nikt nie zauważy! Patrz!
Położyła sobie telefon na kolanach. Skupiła na nim wzrok, marszcząc lekko czoło. Patrzyła tak przez dobre pół minuty.
- No tak – westchnęła. - Ale naprawdę to umiem. Muszę tylko poćwiczyć. Dwa dni temu wyrwałam małe drzewo z korzeniami. Wkurzyłam się, bo mama powiedziała, że nie kupi mi samochodu. Tylko potem przewróciło się na podwórko sąsiadów. A godzinę później pojawiła się Beth. Ciebie jak odkryli?
- Eee… więc… to było wczoraj… miałam zły dzień, zdenerwowałam się w szkole i nagle zaczęłam płonąć, powodując przy okazji mały wybuch.
- Były ofiary śmiertelne?
- Jedna. Moja nauczycielka. - Nie mogłam uwierzyć, że już jej to opowiadałam. Ledwo się poznałyśmy.
- Przykra sprawa.
- Też miałem przykrą sprawę – powiedział jakiś chłopak, który pojawił się niespodziewanie z prawej strony Chloe. Obydwie wytrzeszczyłyśmy na niego oczy. - Wygrałem wyścig, ale nie przyznano mi pucharu. Za to wymazali to z pamięci uczestnikom, sędziom i publiczności. To się nazywa niesprawiedliwość losu.
- Chloe Sunders – przedstawiła się ochoczo dziewczyna.
- Max Lawrence.
- Jessie Hawkins. - Chloe wskazała na mnie, zanim zdążyłam się odezwać. - Więc? Co takiego zrobiłeś, że musieli im modyfikować pamięć?
- To, co powiedziałem. Wygrałem wyścig.
- Ale… jak to? - spytała zdezorientowana Chloe.
- Powiedzmy, że za szybko biegłem. - Max wzruszył ramionami. Chloe nabrała głośno powietrza.
- Twoją mocą jest super-szybkość?
- Dokładnie. Dziwne, że do tej pory tego nie odkryłem. Po prostu zawsze biegałem szybko. I wczoraj na wyścigu, na początku, też wszystko było normalnie. Dopiero na ostatnim okrążeniu, kiedy zostałem trochę w tyle, a cały czas myślałem o tej wygranej, zacząłem przyspieszać. W dwie sekundy przegoniłem wszystkich! Wydawało mi się, że dosłownie oderwę się od ziemi, tak szybko biegłem. Elizabeth mówiła, że takie tempo jest normalnie niemożliwe u ludzi, dlatego musieli im zmienić to w pamięci. Niestety, zrobili to w ten sposób, że w ostatecznej wersji nie wygrałem wyścigu.
- Trochę szkoda – przyznała Chloe. - Ja prawie zabiłam sąsiadów. Robili grilla w ogródku za płotem, a ja rozmawiałam z mamą. Wkurzyłam się, bo powiedziała, że nie kupi mi samochodu, a obiecywała…
Przyglądałam się w ciszy, jak rozprawiają o swoich przeżyciach związanych z mocami. Poczułam smutek, bo wiedziałam, że nie będziemy się przyjaźnić. Dyskretnie oceniłam ich wzrokiem. Chloe nosiła drogie, modne ciuchy, wyglądała na jedną z tych dziewczyn, które zwykle spędzają czas na malowaniu się, zakupach i lataniu za chłopakami. Max miał brązowe, rozczochrane włosy, ale też wyglądał na zadbanego. Szczupły, ale nie wychudzony, jego ubrania również wydawały się być z tych wyższych półek. Naprawdę miałam nadzieję, że się z nimi zintegruje. Tyle, że ja byłam raczej cicha, a zarówno Chloe jak i Max to wesołe i kontaktowe osoby, takie, z którymi każdy chce się przyjaźnić. Przy najbliższej okazji zapoznają inne osoby, bardziej otwarte. A mnie zostanie samotność.
- … i wtedy Beth wszystko mi wyjaśniła – kończyła swoją opowieść Chloe. - Na początku jej nie wierzyłam, przecież to tak dziwnie brzmiało, ale w końcu się przekonałam. A Jessie to ma dopiero fajną moc. Umie kontrolować ogień.
- To super – odparł Max, ale ja w jego ciemnych oczach dostrzegłam prawdę. Nie odzywałam się, w przeciwieństwie do Chloe, więc uznał mnie za mniej kontaktową, a przez to niegodną uwagi. Nie dla mnie takie towarzystwo. Wkrótce i Chloe się o tym przekona. A może to ja powinnam wziąć sprawy w swoje ręce. Nie znają mnie, więc powinnam być odważniejsza.
- Tak, pokazałabym co nieco, ale ostatnio to się skończyło śmiercią nauczycielki, więc lepiej nie ryzykujmy – odezwałam się. Max zaśmiał się krótko.
- To nie był żart – powiedziała Chloe. Chłopak spojrzał na nią, a potem na mnie.
- Serio? No to już wiem, z kim nie zadzierać.
- Co robiłeś w [nazwa tego miasta]? - zapytała blondyna.
- Przyjechałem właśnie na te zawody. A że Beth mówiła, żebym przyszedł tu na dworzec, musiałem zostać. A wy?
- Ja jestem z sąsiedniego miasta, jeszcze mniejszego niż to. Ten dworzec był najbliżej.
- A ja tu mieszkam – dodałam.
Wtedy podeszła do nas pani Winstone. Wszyscy automatycznie wstaliśmy.
- Świetnie, że jesteście. I widzę, że już się zakolegowaliście. Macie tyle samo lat, będziecie w tej samej klasie, więc przynajmniej już się znacie.
- Nigdy jeszcze nie jechałam pociągiem – stwierdziła Chloe. - Tym bardziej na lotnisko. O której mamy…
- Nie jedziemy pociągiem ani nie lecimy samolotem – przerwała jej Elizabeth z uśmiechem. Blondyna popatrzyła na wszystkich ze zdziwieniem.
- W takim razie jak się dostaniemy do Anglii?
- Teleportujemy się.
Odwróciła się i zaczęła iść w stronę wyjścia.
- Ekstra! - wypalił Max. Pobiegł za Elizabeth, a ja i Chloe podążyłyśmy za nimi. Zatrzymaliśmy się dopiero w jakiejś uliczce nieopodal dworca.
- Gotowi? - Elizabeth spojrzała na nas oczekująco. Kiwnęliśmy głowami. - Złapcie się mnie.
Max złapał za jej prawe ramię, ja i Chloe za lewe. Po chwili oderwało nasze stopy od ziemi. Wyglądało to, jakby powietrze chciało nas zassać do jakiegoś innego wymiaru. Poczułam nieznośny ucisk w piersiach, przez chwilę zabrakło mi tchu. Zdążyłam zobaczyć jakąś mieszaninę barw wokół mnie i nagle wylądowałam twardo na ziemi. Zrobiło mi się niedobrze, zaczęłam kaszleć. Oślepiła mnie jasność tego miejsca: znajdowaliśmy się na szerokiej drodze prowadzącej w stronę lasu. Nie tylko ja źle przeżyłam tą krótką podróż - Max też zrobił się blady. Za to Chloe trzymała się doskonale, nawet sobie nie popsuła fryzury.
- Daleko do tej szkoły? - spytała, poprawiając kurtkę.
- Odwróćcie się – poradziła nam Elizabeth. Posłuchaliśmy jej i na chwilę nas zamurowało. - Witajcie w Szkole [nazwa]!